|
Category:
Sen Ci ja miałem...
Sen kolejny ze światów odległych dziś mnie nawiedził. To jeden ze światów, który odwiedza mnie coraz rzadziej, za to w zamian, w celu nadrobienia nijako rzadkości pojawiania się, daje dużo do myślenia i zagadka w nim zawarta jest, na prawdę, krojona na talent Holmesa i jego przyjaciela doktora Watsona. Ten świat to świat nieustających egzaminów i przewalających się testów, zatem dość bliski tematyce jaka powinna się tu pojawiać. A być może wynika bezpośrednio z okresu matur jakiż to ma teraz miejsce. Być może jakaś zabłąkana dusza szukała medium, co by za jego pośrednictwem przekazać ważne informacje światu, ostrzec go być może, coś wskazać. Tak jak za dawnych lat kiedy we śnie widziałem wypadek kuzyna, kiedy ginął pod kołami malucha, gdyśmy z karuzeli wracali. Na kilka dni później sam chwyciłem go za szmaty – jak się wtedy gadało (bo mówić się nie dawało) – gdy po przejażdżce na łańcuchowej po kolejne 20 zlotych w bilonie do domu leciał, jeszcze lekko zakręcony, a ja czekałem na niego na krawężniku. Kto wie może kiedyś o tym wspomnę szerzej, jakeśmy później mnie spod malucha wyciągali, a kierowca czerwony jak burak wykrzykiwał słowa, na myśl których jeszcze teraz mi … ehh dziś nie o tym. Dziś we śnie byłem na egzaminie z polskiego języka. Egzaminowała nmie jedna z moich uczycielek języka ojczystego, których jak wiadomo, przez życie moje się troszkę przewinęło. Nie wiem dlaczego, do egzaminu podchodziłem ostatni, choć na liście byłem po środku stawki, nie wiem dlaczego, ale zawsze tak, w tym świecie snów bywa. Egzamin zbliżał się ku końcowi, już prawie noc. Pusty korytarz. Słychać tylko świszczący w nieszczelnych oknach wiatr i stuki czyichś kroków na schodach. Wchodzę do sali. Biurko, uczycielka, koszyk wiklinowy na owymż biurku postawiony. Mrugająca jarzeniówka. Siadam, wkładam rękę do koszyka, w którym i tak do wylosowania jedna kartka z zestawem pytań. Wyciągnąłem ją z koperty. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że dam radę. Jakiś tam Żeromski i jego kruki co to nas rozdziobią, Mickiewicz ze swoimi sonetami, ba nawet Szopen albo Chopin ni stąd ni zowąd na kartce się pojawił. Wszystko ładnie pięknie, ku końcowi monologu się zbliżam mówiąc: - Już więcej nic do dodania nie mam. - Dobrze, a nawet bardzo, to zostało nam ostatnie pytanie z kartki - Ależ tu już nie ma więcej pytań mówię – w uśmiechu ironicznym twarz wykrzywiając - Oczywiście, że jest! Na drugiej stronie kartki, odwróć proszę – odpowiada Pani odwdzięczając się tym samym uśmiechem Na drugiej stronie kartki? – pomyślałem. Co to za metody? Odwracam kartkę a tam… „Układ różnicowy - definicja i przykłady zastosowań” Tak zacząłem się w mózgu zastanawiać jak odpowiedzieć na to pytanie, że obudzilem się w sposób nagły i nieoczekiwany dla otoczenia. - Co to jest układ różnicowy?! - pytam jeszcze w półśnie Kwiatu Miłości co sypiać ze mną zwykła Nie odpowiada, śpi spokojnie.
I tak se (czyt. sobie) dzień cały szukam tego układu i szukam, ale ni ma. Jest za to rachunek, iloraz, mechanizm, a nawet wzmacniacz, lecz układu różnicowego ni chu chu.
Ano trza zawsze oczekiwać na coś nieoczekiwanego - to moja interpretacja, mam nadzięję, że nie nad. A nuż (dobrze napisałem nie sprawdzać!) się mylę. He? (czyt. Co?)
|
|
Category:
Sen Ci ja miałem...
Miałem dziś sen! No wiem, że to nic nadzwyczajnego! I co z tego? Ja i tak się z Wami sie nim podzielę. To znaczy jak zwykle miałem tych snów dużo więcej, ale chodzi mi o ten jeden, ten jedyny co został po odrzuceniu wszystkich erotycznych. I już odpowiadam na pytania, które znów, Was znając, się pojawią: Tak, jak znajdę chwilę to o tych snach też napiszę. Tak ze szczegółami. Tak, będziecie mogli sie wielu technik nauczyć. Nie…, obrazków nie będzie, na wyobraźni będziemy polegać. Nie, nie organizuje żadnych prelekcji z praktycznym zastosowaniem poznawanych technik… Ale do rzeczy… nie chwaląc się mam kilka sennych światów. Miejsc i wydarzeń, do których zawsze powraca moja senna świadomość. Sen zaczyna sie zawsze w tym samym miejscu jednego ze światów. A później można podążać wbranymi przez siebie drogami. Z każdym snem coraz bardziej poznaję towarzyszącą rzeczywistość i klimat. Dzisiejszy świat był zupełnie nowy, pojawił się po raz pierwszy. Świat, który przyszło mi zwiedzać był, wydawaloby się światem, nieprzyjaznym, ale uczucia, które towarzyszyły jego poznawaniu były przepełnione ciepłem, swego rodzaju zmysłowścią, były, uwierzcie mi - cudne. A śniło mi się tak … bagna, ogromne rozlewsika, gdzieniegdzie kępki traw stanowiące małe grząskie wyspy. Bezlistne drzewa dajace dlugie cienie. Jestem na starej drewnianej łodzi, stoję na jej rufie w dłoniach trzymam wiosło., a właściwie długi kij, którym odpycham się od płytkiego dna. Na dziobie siedzi moja ukochana. Ma podwiniete nogawki spodni i jej nagie stopy, lecąc jakby nad wodą, przecinają gladką jej taflę zanim zrobi to dziób naszej łodzi. Opiera się na rękach, które trzyma za plecami. Nie mówimy nic. Ja staram się utrzymać łodź w ruchu, ona stara się rokoszować tą chwilą. Co jakiś czas spłoszymy jakieś ptactwo, które wzbijając sie wysoko, znika gdzieś w oddali, zostawiając po sobie jedynie echo pswoich krzyków. My nawet nie obserwujemy tego zjawiska, jesteśmy jakby obok, nie interesuje nas to co dzieje się wokół nas. Wszystko wydawałoby się stanowiłoby piekne miejsce, poza jednym szczegółem – nie ma tu żadnych kolorów, wszystko jest szare, stalowe, zimne. Nie ma praktycznie żadnego światła, wszystko oblane jest półmrokiem. W tle widać zarys pasm górskich, też ciemnych i niedostępnych. Poza chwilami kiedy słychac plusk wody, panuje tu dudniąca cisza. I pomimo tego bezkolorowia jesteśmy szczęśliwi, nic nam nie przeszkadza, nic nie istnieje poza nami, nic poza naszą starą łodzią i wiosłem - kijem co wciąż nam służy… I tak rano się budzę i myślę w zawiłościach mózgu mego odmętach i czeluściach przepastnych - o co chodzi w śnie owym? Co poruszyć on pragnie,?Co przekazac mej duszy rubasznej? ... Czyżby o to, w szarej, niedostepnej, czasami niezrozumiałej rzeczywistości, wystarczy mieć jeden punkt zaczepienia, aby zczęsliwym być w istocie samej? By płynąć nawet i w nieznane, nie znając kresu wędrówki, ani być może jej celu. Być może czując głód poszukiwań, lub też będąc sytym widokiem ścieżek już przebytych. Być tu o teraz. A nasza stara łódź jest w stanie dać nam poczucie bezpieczeństwa i spełnienia. Hm?
|
|
Category:
Sen Ci ja miałem...
Sen wyrazisty do opisania gotowy po raz kolejny przytrafił się świadomości mojej! Sen nowy zupełnie, ze świata innego, choć dość dosadny w przekazie, urzekł mnie swoim uniwersalnym przesłaniem. Idę chodnikiem, powoli, właściwie spaceruję, przechadzam się spokojnie, leniwie rozglądam się na boki, bo słońce które mam przed sobą dość mocno mnie oślepia. Chcę rozejrzeć się dookoła. Przykładam lewą rękę do czoła, aby zrobić z niej daszek osłaniający mnie od blasku słońca. Wydaje mi się że jest poranek. Miasteczko, którego ulicami kroczę jeszcze nie wstało po nocnym bezruchu i tylko gdzieniegdzie widać jakiś ruch. Nieliczni ludzie idący w moją stronę, na kilka metrów przede mną rozbiegają się bezładnie i jakby czymś przestraszeni. Chcę obetrzeć twarz, aby sprawdzić czy coś się z nią nie stało i dostrzegam, że w mojej prawej dłoni mam pistolet... Przyglądam mu się – jest srebrno-czarny, dość duży i ciężki. Chcę sprawdzić czy nabity więc wymierzam, w jedną z witryn sklepowych i naciskam spust. Huk wystrzału i niemalże w tej samej chwili hałas tłuczonego szkła rozdziera panującą ciszę. Ta „zabawa” wciąga mnie coraz bardziej. Strzelam do następnych witryn. I tak zostawiając za sobą rozbite szyby witryn oraz panicznie uciekających przechodniów w końcu staję przed szybą inną niż wszystkie dotąd – jest to szyba lustrzana. Zatrzymuje się. Przyglądam. Widzę w niej dokładnie swoje odbicie. Jednak ręka już nie jest tak skłonna do strzału. Zastanawiam się nad czymś, waham, nie mogę się przełamać. Jednak ręka powoli się unosi i w końcu pada strzał. Nie strzelam prosto w swoje odbicie tylko gdzieś w dolny róg szyby-lustra. Kawałki szkła opadają na ziemię, powoli zaczynam dostrzegać w środku piękną kobietę1, podchodzę do niej czując jak pod podeszwami moich butów pękają kawałki rozsypanego wszędzie szkła. Nic nie mówię, podchodzę coraz bliżej, ona tylko przygląda mi się wnikliwie. Czuję jej zapach, i słyszę jak spokojnie oddycha, nie jest przerażona, ani zaskoczona. Wydaje się, że na mnie czekała. Przekładam pistolet do lewej dłoni, prawą obejmuje ją w pół i wynoszę na zewnętrz.
I teraz są dwie interpretacje
Pierwsza (wersja dla płci brzydszej, czyli kobiet) Odkryjcie to co jest za Waszym lustrem, nie bójcie się w nie strzelić. Być może odkryjecie, że jesteście zmysłową kobitą
Druga dla mężczyzn (czyli dla około 2% populacji) Kobiety trza wynosić zza ich luster, w których nie mogą dostrzec swojego prawdziwego piękna i przeznaczenia – macha z pistoletem2
1 nie opisuję jaką, bo każdy ma swój kanon piękna, i sobie wyobrazi. Żeby znowu mi tu nie pisać „…e to ty brunetki wolisz, w obcisłych czerwonych sukniach?” 2 pistolet jest przenośnią, jakby kto nie zakumał z tej pozostałych 98% części populacji
|
|
|