Szukaj:
Zaawansowane Wyszukiwanie
Napisany: 2010-09-17 - komentarze: 0 [ Komentarz ] - trackbacki: 0 [ Trackback ]
Category: Przewodnik

Znów postanowiłem coś napisać! Mam trochę czasu a i rzeczy kilka co cisną sie na ustka moje wardżączkami zwanymi. A może i nawet pytań wiele we mnie się przewraca, które bez odpowiedzi zaszyte pozostając przez wiele lat światła dziennego, a nawet i nocnego zobaczyć nie zdołają. A słowa Horacego za motto życiowe sobie wziąwszy nie mogę w bezczynności trwać i wszystek umrzeć – ot tak trach - a fajny chłop z niego był, stypa, jakieś żarcie i do roboty na drugi dzień. Dziś chciałbym o zabiciu dziecka napisać! To, jak dobrze pamiętam, przytrafiło się mi pod koniec lat 80-tych zeszłego wieku, a więc wiele lat temu. Lecz prawda i doświadczenie będące owocem tych zajść do dziś we mnie czujnie drzemią i budzą się w potrzebie. A nauka życiowa z tego wypływająca wciąż karmi mnie i pozwala sprawnie omijać wilcze (czyt. ludzkie) doły.

Dziś właśnie będzie o tym naszym dziecku, któremu wcześniej czy później sztylet życia wepchną bez namysłu i rozumu nawet. Może nie tyle co z głupoty ile z niedojrzałości. W najmniej spodziewanym miejscu i czasie! Właściwie ... z drugiej strony ... może to i lepiej zawczasu, aby zgon szybciej nastąpił, niż trwać w takiej maligmie  - tego jeszcze nie wiem, wciąż badam zjawisko. Chodzi tu o dziecko, będące w nas. To takie ufne. Wierzące w latające anioły, Bozię i diabły. Łase na słodycze niezależnie od tego kto je ofiaruje. Nie myślące o śmierci. Wierzące w przebierane postacie z bajek, klaunów, gadające zwierzęta. Nie rozumiejące, dlaczego tyle w życiu nie można lub nie wolno, jak przecież da się i to jeszcze się przy tym nieźle bawić. Cieszące się ze znalezionego na plaży zielonego kamyka w białe paski, z którego zdmuchiwało ziarnka piasku, mające mech w kartoniku przyniesiony z lasu, pamiątkę z gór w postaci wystruganego Jelonka na tle Giewontu, czy z obawą wchodzące do jaskini smoka. Kupujące sobie dużego loda za kieszonkowe, prowadzone przez ulice za rękę. O babajagach, czarnoksiężnikach nie wspominam, bo to akurat prawda.

Moje dziecko dostało tzw. strzała w pewien czwartek. W moim życiu najciekawsze rzeczy zawsze się dzieją w ten dzień tygodnia.1 Ów czwartek jak zawsze zaczął się w szkolnej ławie chyba klasy pierwszej lub drugiej, natomiast najciekawsze i najokrutniejsze jest to jak tragicznie się skończył. Z tego co pamiętam wraz dwoma innymi młodymi wojownikami późnym popołudniem zawędrowaliśmy na cmentarz. Nie pytajcie dlaczego, ani po co - tego już nie pomnę. Zobaczyliśmy tam coś co wzburzyło naszym poglądaniem świata i wpajanych nam wartości, dziecięcej wiary w świętość. Otóż gawiedź jakaś wesoła urządziła sobie tam super/ekstra/czadowy2 piknik, który wzbogacił ich emocjonalnie. Otóż sobie wzięli i krzyże przygrobne Jezusem do góry nogami w ziemie powbijali. Pycha myśleli oni, ale jesteśmy twardzi, odważni niczego się nie boimy, mamy Bozię w dupie, wznosimy sie ponad ten cały mistycyzm. Okropne - pomyśleli przerażeni chłopcy, musimy coś z tym zrobić. Naprawmy to! Jak pomyśleli tak zrobili a czując się w obowiązku zrobienia czegoś więcej postanowili, umorusani, zmęczeni do księdza z tym pobiec o zajściu poinformować. Dumni z siebie i spełnieni. I co? I wtedy ten ksiądz miłościwy zobaczywszy ich – pomyślał, że to ściema jakaś, chińska podróbka, kamuflaż i ich oskarżyć próbował o czyn niegodny, a przyjście do niego jako przykrywkę traktować. To właśnie wtedy moje dziecko dostało piękny strzał, wtedy dotarło do mnie, że świata nie ma co naprawiać, łatać, potrzebującemu pomagać, lub litować się nad czyimś nieszczęściem, rzek regulować, włosa z klapy marynarki komuś ściągać, ufać komuś, kto rękę do Ciebie wyciąga, a wierzyć w ludzi też nie bardzo, a ciosów spodziewać się w najmniej oczekiwanych momentach i ze stron wszystkich.
I to właśnie wydarzenie o niechodzeniu na religię przez lat wiele, brzemieniem we mnie tkwiło3.

Jak zwykle nie generalizuję i nie szufladkuję, jak można byłoby pochopnie wnioskować - chcę Wam jedynie  tą historią przekazać jedną z najważniejszych prawd, zasad Tenskwatawy, podwalinę jego filozofii:

  Spodziewajcie się niespodziewanego, wtedy nic Was nie zaskoczy!

 - tak jak wtedy, w czwartkowy wieczór - wierzącego w Ducha Świętości, młodego jeszcze wojownika, z małym pióropuszem, w którym zabito dziecko!4

To pisałem ja
Tenskwatawa – coraz rzadziej dający drugą szansę

Howgh

A Wasze dzieci kiedy i jak strzała dostały?

-------------------

1 przyp. autora
2 nic nie skreślać - wszystko potrzebne
3 wspomnę o tym w "Efekt motyla, to nie żadna ściema jest" - już wkrótce
4 w miejscu tym stoi dziś, mały obelisk przedstawiający klęczącego szamana, obejmującego w geście pożegnania, małego konającego wojownika, którego serce przebite jest strzałą – miejsce pielgrzymek i kultu objęte całkowitą ochroną i tajemnicą, którą dziś poznaliście. Pomnik jest alegorią chwili, w której dziecko przestaje wierzyć w swój świat, pełen  marzeń i ideałów, a zaczyna dostrzegać zasady nowej gry, w której dawanie dobra nie zawsze spotyka się z jego dobrym przyjęciem.

Napisany: 2010-08-23 - komentarze: 0 [ Komentarz ] - trackbacki: 0 [ Trackback ]
Category: Przewodnik

Pamiętam lampkę na parapecie, starą, która zawsze się świeciła. Regał z książkami, do których czasem sięgaliśmy. Bałagan na stole. Zapach tytoniu. Czasem alkohol. I tematy rozmów, o tym jak to będzie, co z nami się stanie. I snucie marzeń, planów na przyszłość. Kanapa i fotel, w kuchni pusta lodówka. Muzyka, której jeszcze wtedy do końca nie rozumieliśmy. Elektryczna gitara z piecem do tej, którą wydawało nam się, że tworzymy. Kasety VHS w kartonowym pudle i wypożyczalnia za rogiem. Nie raz do słońca wschodu gapienie się w stary, czarno-biały, jeszcze lampowy, który swego czasu później, z okna wyleciał. W karty granie, ubawianie się z przywar ludzkich i samych siebie. Szukanie na powrót czegoś, co już odkryte zostało.
Dziś mieszkamy już w innych miastach, krajach nawet. Mamy inne żony i dzieci inne. Czasem coś napiszemy, o coś się zapytamy, Wciąż łączy nas coś, co trwa i jeszcze, i wciąż żyje. Może nie jest to lina stalowa dwa przęsła mostu łącząca, może nawet nie jakaś więź szlachetna. Lecz nić cienka i drobna, napięta czasem do granic wytrzymałości, a siła jej bierze się z tej jej kruchości. Myślę, że jeszcze wiele przetrzyma. Taką mam nadzieję.

Napisany: 2010-05-19 - komentarze: 3 [ Komentarz ] - trackbacki: 0 [ Trackback ]
Category: Kiczownik

Kiedyś przeżyłem miłość prawdziwą
Poznałem ją w piaskownicy
Na imię miała Ania
Lepiliśmy razem babki i kroiliśmy dżdżownice na zjeżdżalni
Bawiliśmy się w mamę i tatę
Skradłem jej za garażem pierwszy pocałunek
Dziś ją spotkałem - jest prawnikiem w kancelarii
Już dawno nie bawilismy się w lekarza - do niej mówię
Mam w domu dużo zabawek – odparła
Nie kłamała

Napisany: 2010-03-05 - komentarze: 0 [ Komentarz ] - trackbacki: 0 [ Trackback ]
Category: Przewodnik

Naucz się pisać muzykę. Nie koniecznie od razu uwertury - to przyjdzie z czasem. Odważ się i spisuj nuty, twórz własne melodie, czerp z tego przyjemność. Rozdawaj to ludziom, którzy grać z nut potrafią, a później tańcz jak Ci zagrają!

Napisany: 2010-02-13 - komentarze: 0 [ Komentarz ] - trackbacki: 0 [ Trackback ]
Category: Kiczownik

Monopolowy, On i Ona:
- Jakie wino kupimy na kolacje? Czerwone czy białe? – zapytał On
- Czerwone – odpowiedziała bez zastanowienia Ona
- Bedziemy się dziś kochać!
- Że co? W jakim stopniu wybór wina ma wpływ na seks?
- No będziemy się kochac na Walentynki! Co?
- Kochać na Walentynki, a to jakaś nowa pozycja jest czy co?
- E nowa pozycja. Chciałem tylko zaplanować?
- Gosciu seksu się nie powinno planować! To nie jest tak, że se w kalendarzyku sobie zapiszesz „seks”, a poźniej zgodnie z rozkładem dnia, majty w dół, nogi na za dziesięć druga i jechane! To musi samo przyjść, wyniknąć z wielu istotnych czynników, a towarzyszyć temu musi nastrój, atmosfera, żar uczuć, namiętność, tęcza uniesień, gra słowna ...
- Dzisas, aż tyle? I to wszystko się zmieści z nami w łózku?
- To co czerwone bierzemy, tak? – stojąc już przy kasie zapytała Ona.
- Kocham Cię!
- Hm? I co...?
- No jak to co? Atmosfere buduje bazując na uczuciu, wino posłuży do nastroju, a ta cała reszta ... hm... to jeszcze nie wiem jak z tym wszystkim dam sobie radę, ale postaram się!
- Poprosimy dwie butelki czerwonego Burgunda – powiedział On (kto wie może jedna będzie za mało w tak niesprzyjających okolicznościach – pomyślał – a pić się chce)

Napisany: 2010-01-18 - komentarze: 0 [ Komentarz ] - trackbacki: 0 [ Trackback ]
Category: Kiczownik

Masz dziś oczy niespokojne – powiedziała szeptem
Niespokojną mam też duszę – odpowiadam cicho
Mi też jakoś smutno w środku
Jakby pusto
Chodź przytulmy się
Do chwil minionych
Obejmijmy je tęsknotą
Już mi lepiej, czuję ciepło
Ale, co to znaczy,
Że już razem nie będziecie?
Jak to będzie?
Tato

Napisany: 2010-01-11 - komentarze: 0 [ Komentarz ] - trackbacki: 0 [ Trackback ]
Category: Powołania

Siedzę sobie dziś w przedziale, no i ludzi garstka przy mnie, każdy ma po swej torebce, albo większej ciut walizce. No i Pani co przede mną sobie czyta też Newsweeka, a Pan starszy co po prawej krzyżóweczki rozwiązuje, coraś głośno się zapyta, gdy pomysłu potrzebuje. No i Pani z małym brzdącem, co opycha się drożdżówką. No i rusza ów ten pociąg, i na chwilę jakby wszyscy poruszyli się nieznacznie. I czas mija odliczany tym powolnym „to tak toto tak”. I mijamy bory lasy, miejscowości, wioski, miasta. No i nagle drzwi przedziału, ktoś otwiera sprawnym ruchem. Widać głowę, na niej czapkę, no i torbę przewieszoną, dyndającą gdzieś na boku.
- O dzień dobry – on powiada – bileciki proszę bardzo.

Każdy zaraz tam w swych przepastnych kurtach, płaszczach, torbach, torebisiach i saszetkach wyszukuje ten swój bilet i podaje temu Panu, co to czyta je z mozołem i coś kreśli długopisem.
- Czy Pan pali? – ja się pytam
- Że co słucham? – odpowiada zaskoczony tym pytanie,
- No czy pali Pan, bo chcę chwilę Panu zająć, a tak paląc można wiele rzeczy przecie od innego się dowiedzieć – choćby paląc w toalecie
- Nie, nie palę proszę Pana, ale czasu mam dość wiele – odpowiada lekko śmiejąc się w kącikach

Wychodzimy, i korytarz, wąski bardzo, opieramy się o okno, a ja patrząc się na niego zapytuje się w ten sposób:

- Niech Pan powie mi dlaczego… ach dlaczego jest Pan właśnie konduktorem i bilety tak wciąż sprawdza, to sprzedaje, to użera się z innymi?
- Mój złocieńki – tak się do mnie zwraca czule - ja nie zawsze byłem właśnie konduktorem, jako widzisz mnie tu teraz. Ja Ci byłem maszynistą i nie tylko, oj nie tylko!
- Maszynistą! Toć na naprawdę?
- No aż pewnie, że tak było. Kiedy byłem małym chłopcem to mój dziadek, słodki Józio, zrobił z drewna, mnie małemu, taką małą kolejeczkę, co to miała dwa wagony, tender mały i tą właśnie, zaraz z przodu napędzaną gumką z dętki przecie, lokomotywe. Ja do dziś mam ją, no i ona zawsze ze mną. Wtedy właśnie u mnie w głowie, zrodziło się to marzenie, aby zwiedzać ten świat cały na pokładzie tej maszyny. I prowadzić ją po torach no i widzieć inne światy. Bo to inne czasy były, wtedy Panie, już przebycie setki z goła, kilometrów to wyprawa przecież była. No a dzisiaj samoloty, samochody, szybkie wszystko i każdego na to stać w przedbiegach. Wtedy to ja byłem Panem, jak wracałem z tych wojaży, to co miałem ja słuchaczy, niezliczone całe tłumy, tej gawiedzi, głodnej świata opowieści. Tygodniami to całymi, wtedy w domu mnie nie było. I widziałem bardzo wiele, nieskończone wręcz przestrzenie. Ale w końcu się i to, niespodzianie tak skończyło. No i potem – tu uśmiecha się znacząco – no a później to ja byłem, ach barmanem w tym wagonie-restauracji. Oj mój drogi, to co wtedy tam się działo, toż to była piękna gratka, tam pracować. Ludzi mnóstwo, rozgadanych, i ciekawych, i radosnych, a i jakie tam sylwestry, ba, wesela też tam były. Dziś speluna to najczęściej ze zgrzewkami tylko piwa i batonów różnej maści. To nie dla mnie więc skończyłem i ubrałem ten to mundur, teraz chodzę bileciki do kontroli wciąż tak mówię sobie w kółko, no i ludzi to ja różnych na mej drodze tak spotykam.

- A marzenia proszę Pana – jakie ma je Pan na przyszłość? – pytam szybko, bo już widzę swoją stację i wychodzić zaraz muszę
- No, wiedziałem, że Pan o to, w końcu się zapyta – i to mówiąc swoją ręką lekko klepie mnie po barku. Później kładzie rękę na nim no i mówi lekko głowę przybliżywszy - Ja to chciałbym w małej dziurze, gdzie pociągi jeszcze chodzą, maluteńkie mieć mieszkanko nad tą ludzi poczekalnią i nad kasą kolejową. Zawiadować tą przystanią, tą malutką czasu chwilą, zapomnianą gdzieś na boku.

Pociąg staje, pisk ja słyszę, drzwi otwieram, ach z niemałym to wysiłkiem, i wychodzę, wiatr wciąż wieje, no i padać już zaczyna. Więc zapinam tuż pod szyją, mój ten polar wierny stary, no i kaptur też zakładam, no i znikam gdzieś w podziemnym brudnym przejściu, pod torami. Znów wychodzę na powierzchnię no i widzę, gdzieś na ścianie, sprayem tu maźnięte miernie, „miejcie rozum, swoje oczy no i serce pełne wiary” i z kieszeni też wyciągam swoją puszkę z farbą ciemną, nią potrząsam, kapsel ściągam, dopisuję „a do tego powołanie i marzenia - ślepi głupcy i maszkary”. I on patrzy widzę z okna, no i widzi, no i czyta, no i chyba się raduje, ja mu na to wiernym sprayem stojąc prosto salutuje.

Napisany: 2009-12-14 - komentarze: 1 [ Komentarz ] - trackbacki: 0 [ Trackback ]
Category: Powołania

Ja pamiętam, jeszcze dzisiaj, zegarmistrza z powołania. Co w zakładzie jego małym, wiele lat już temu z goła, całe tłumy ludzi były. Każdy stał z zegarkiem w dłoni, albo z torby go wyciągał, lub też z ręki bezpośrednio, pasek wcześniej rozpinawszy, do rąk jego wkładał czule. Gdy rzecz jasna, kolej była jego. Uczniów miał ze dwóch, trzech może, czeladników, i zegarów to tysiące, wszędzie były, i na ścianach, i na stołach, na półeczkach i na półkach, i gdzieś nawet na podłodze.  Ja też często tam bywałem, bo zegarki rzecz wiadoma, mechanizmy miały, co i psuć się potrafiły. Mały byłem, znaczy młody, lecz widziałem bardzo wiele. Wszyscy byli tam skupieni, cisza była nieśmiertelna, nikt nie ważył się rozmawiać, kichnąć, krzyknąć, kaszlnąć, prychnąć. To świat inny był, tam środku, świat zegarów i mistycznej wręcz zadumy.

Słychać jeno było, tych zegarów wciąż tykania, coraz który się obudził i budzikiem przypominał, że już działa jak powinien, albo jak to wszystko, o godzinie pełnej, zaczynało bimbać, bombać, kukać, stukać, dryndać. To się gwarniej i robiło, ale tylko przez tą chwilę. W małej głowie mojej wtedy, nawet myśl się zrodzić dała, że gdy skończę szkołę swoją, to też chciałbym być jak on, naprawiaczem tych zegarów i mistrzowski dyplom mieć.

I po latach już dwudziestu z hakiem, wchodzę dzisiaj do zakładu, który od lat wciąż tu stoi. Choć wokoło to już wszystko się zmieniło i przez ręce właścicieli wielu przejść zdołało. Znany szyld przez okna widzę, i naciskam starą klamkę, i mosiężny dzwonek, co nad drzwiami wciąż kołysze, daje znać, że właśnie wszedłem. No i widzę zegarmistrza, tego właśnie sprzed lat wielu, co za swoim kontuarem, siedzi cicho i dostojnie, no i mu

- Dzień dobry - mówię
- Witam Pana – odpowiada – bateryjka czy też pasek? – pyta szybko, zaraz potem
- Ja zegarek mam, prawdziwy, i tu nie o bateryjkę biega – mówię lekko zaskoczony tym pytaniem już w przedbiegach
W oczach jego błysk dostrzegam
- Niech Pan siada – mówi do mnie
- Nie ja, wie Pan, siedzę ciągle, w pracy, w samochodzie, ja postoję – i zegarek mu przez dziurkę w dole szyby już podaję
- Ale cudo – mi powiada – co się dzieje?
- No nie chodzi, znaczy stoi wciąż uparcie
On go bierze z namaszczeniem, szmatką go oczyszcza, i na płótno swe zielone, delikatnie kładzie. Lupę starą swoją czarną, co klejona nie raz była, na swą głowę nakładając mówi do mnie
- Ładna gratka, przedwojenny, niech Pan siada
- Nie postoję
- A tak, tak, ... już Pan mówił, piękna sztuka, ten zegarek, ładne cacko, mówię Panu

A ja widzę, że on przeniósł się gdzie indziej, już go w moim świecie nie ma. Juz otwiera mój zegarek, i do środka w swym zapale, patrzy w niego jak w obrazek. Więc rozglądam się dokoła. Co ja widzę. Dyplom jego, poszarzały, Mistrza Zegarmistrza, w starej ramce wisi, tam gdzie wisiał, no i piec ten sam co wtedy, no i stół, no i na nim wciąż te same zdjęcia, tych zegarów różniusieńkich, co wciśnięte są pod szybę, która na tym stole leży. Tylko jakoś dziwnie pusto, gdzie zegary, się podziały? Co tu kiedyś tak tykały, na tych ścianach co wisiały?
- A tu przyczyno jesteś! – to głos jego, z zadumania mnie wyrywa – tu Cie mam!
- I co? Chodził będzie? – się zapytam
- Pewnie Panie, jak zegarek to zegarek, niech Pan jutro przyjdzie – ja się jeszcze nim nacieszę
- Przyjdę za dni siedem, niech Pan dobrze go opatrzy, i pytanie mam ja jeszcze?
- Niech Pan pyta, śmiało, proszę
- Czy Pan już, tak od dziecka, zegarmistrzem chciał być zawsze?
- O tak, i z pewnością, i pamiętam ja dokładnie, kiedy właśnie się zrodziła we mnie myśl takowa. Ano byłem wtedy w mieście, z ojcem moim, bo my na wsi mieszkaliśmy, i był taki starusieńki Pan Kazimierz, co zegary tam naprawiał i pokazał mi to wszystko, jak legendy opowiadał, zaczarował mnie niemalże, później spać to ja nie mogłem, i myślałem o tym świecie, mechanizmów i wskazówek, czarodziejskiej czasu magii. Byłem razem w nim w ratuszu, i widziałem zegar wielki, to jest nie do opisania, jaki wtedy byłem dumny, wręcz ja nieba dotykałem.
- Piękne bardzo co Pan mówi, ja zazdroszczę. A czy teraz, kiedy już ten rynek z kwarcowymi, z bateryjką to nie myślał Pan, by zawód zmienić, by się zając czymś że innym, a nie jeno bateryjki zmieniać, i te paski ciągle skracać?
- No, a po co mi to, Panie? Przecież jestem zegarmistrzem, tego Pan wciąż nie rozumie? To jest moje powołanie, życie moje, w niczym innym się nie widzę i niczego robić nie chcę prócz zegarów doglądania. Pan tu przyszedł dziś z zegarkiem, a nie paskiem do skrócenia. Czy odpowiedź ta wystarczy?
- Tak dziękuję, jestem kontent. Do widzenia Panu zatem, do widzenia Mistrzu Wielki! Mój zegarek jestem pewen w dobrych rękach jest zaprawdę.

Już drzwi cięzkie chcę otworzyć, aby wyjść z tej czasu czarodziejni, ale rzucam odwracając
- No i jeszcze jedno się zapytać dziś pozwolę, co Pan czuje, gdy zasypia, kiedy w łóżku Pan już leży, zasnąć pragnie jak należy?
- Co ja czuje? O mój drogi! Że na świecie jest zegarów, setki może niezliczone, co przez moje przeszły dłonie, co to innym czas już mierzą i im w ciszy wciąż tykają.
- A czy Panu też coś tyka? Co Pan słyszy, w ciszy, z rana?
- Moje serce proszę Pana, moje serce słyszę z rana! Ono moim jest zegarem, co jest ponad moją miarę, go naprawić jakimś czarem

I wychodzę, i nad drzwiami dzwonek dzwoni, a tu pada, wieje, jak ja lubię taką aurę, znów tu przyjdę, po niedzieli, by odzyskać w ludzi wiarę. By odebrać mój zegarek.

Napisany: 2009-12-09 - komentarze: 3 [ Komentarz ] - trackbacki: 0 [ Trackback ]
Category: Powołania

Ja pamiętam jak to było, drzewiej, dawniej znaczy, kiedy książka był święta. W niej co było zapisane, było mądrym wszak przesłaniem. Ktoś kto książki czytał ciągle był przemądrym człekiem bardzo. I te książki miały wartość, to majątek był niemały. I na półkach tak jak stały, były wszak bogactwem wielkim. I subskrypcje też pamiętam na słowniki i liryki, i atlasy, no i na encyklopedie. I historie różnorakie, Polski, sztuki czy malarstwa. A w księgarniach byli ludzie, ci księgarze, o nich mowa,  co wszak książki uwielbiali, wręcz taplali się w ich wersów zawiłościach, znali je na wskroś zaprawdę, no i radą potrafili, to zachęcić, a to wskazać. Byli niemal przewodnikiem, po księgarskim labiryncie. No i mogli godzinami o nich ciągle opowiadać.

No i dzisiaj również wchodzę, do księgarni co no szyldzie ma Bestseller napisane. Bo po polsku to nie halo, że Księgarnia by napisać. No a w środku, ładne książki, kolorowe, i na półkach rozłożone, każdy czyta, coś przegląda, zastanawia się i myśli. I tak chodzę i przeglądam no i później, zauważam, kątem oka jedną książkę, gdzieś tam z boku, w starym pudle, co czytałem, ją w języku innym, niż ten nasz, ojczysty, polski. No okładka jest ta sama, autor również, wszystko mi tu, wręcz pasuje. Myślę sobie ładne rzeczy, świetnie zatem, że ktoś również, to pozycję przetłumaczył, na mój język przebogaty. Biorę w dłoń ją, bo wiem ja już, że ją kupię dziś, z pewnością. I podchodzę w tej radości do księgarza, co na krześle swoim siedzi, jakiś smutny, zatroskany.

Więc mu mówię:

- Proszę Pana, czy Pan czytał?! – zapytuję jegomościa całym faktem podniecony, pokazując mu tą książkę co to właśnie, mam ją w ręku od chwil kilku
- Nie, nie sądzę – odpowiada, nawet na mnie się nie patrząc
- To polecam, świetna bardzo, filozofia tam wypływa i wynurza się w prostocie z niespokojnych i szczęśliwych, tych życiowych fal przypadków. Jak to życie jest ciekawe i bogate w rożne kwestie…

Ja tam mówię, opowiadam, widnokręgi przed nim tworzę, ręką swoją je maluje no i słowem przyozdabiam, ale widzę, że ten księgarz, raczy ziew swój ukryć w ręku.

- Wie Pan co? Coś ja powiem Panu skrycie, ja handluje tym papierem, tymi książki co tu stoją, ja nie czytam, nie mam siły, ani czasu na te bzdury. Ja mam dom, rodzinę, dzieci to im właśnie czas poświęcam. No, a książki, to mój sposób na pieniądze jest jedynie.
- No to dobra, w takim razie, zatem dla mnie, za papieru tych stronice, co je tu mam, ja poproszę mnie skasować. Dzięki niej ja dzisiaj będę w innym świecie, proszę Pana. No i żona ma, no i dzieci, tego świata też spróbują, jestem pewien.

Płacę szybko i wychodzę, wiatr wciąż wieje, no i padać znów zaczyna. Książkę chowam pod swym płaszczem, jakoś czule przytulając. Bowiem wartość w niej zaklęta. no i magia z niej wypływa, tajmniczym sciegiem liter. Chyba więcej tu nie przyjdę, bo tu jeno bestsellery, a ja chciałem tylko książkę, dobrą taką i ciekawą, poleconą przez księgarza, aby później z nim pogadać i przekazać mu opinie, tego co książki kupuje, no i czyta je uparcie, i przeżywa, te ich treści co głęboko są zawarte, w mętnej myśli samotności, obnażając swe pragnienia. Aby książki też sprzedawał w jasnej świadomości czynu, dobrej rady swej orężu, a nie tylko, bez podniety, co z hurtowni pod Radomiem mu na półki znów wyrzucą, mówiąc, że to jest wręcz niezłe, no i koniec, no i basta, bo to niby i dlatego, że to wszyscy dziś kupują. Że na topie to bestseller, bo to brzmi tak trendi krejzi.